Jan LF Strach - Teksty piosenek
Teksty piosenek Jana LF Stracha - oficjalna baza danych. Autoryzowana, z błogosławieństwem.
A
Aaaaalgorytmy zadecydowały o której wstanę / którą wypiję kawę / ich mądrość nieskończona wskazuje mi drogę / podkłada mi nogę / mówi mi, co mogę, co nie mogę. Aaaaaalgorytmy każą się upadlać coraz bardziej / robić słodkie dzióbki i detoksy kwaśne / w rezultacie tylko zazdrość słona, gorzka żółć / już pora, lepiej coś wrzuć
Aaaalgorytmy statystyki życie mi zatruły / Im bardziej się starałem tym bardziej na potęgę knuły / Co im zrobiłem, czym zawiniłem, nie wiem / Zapewne chodzi tu o mnie nie o ciebie / Na zmianę mi gratulowały i łajały / jak wielu ludzi kocha mnie pokazywały / a jak już przychodziło wreszcie co do czego / gówno wynikało z tego.
Aaaaalgorytmy podstawiają mi artystów młodych / sukcesy ich, pierwsze miejsca i nagrody / Pisarzy co wrzucają dziennie postów sześć / a kiedy oni mają czas jeść? / I zanim się spostrzegłem sam byłem algorytmem / O odpowiedniej porze odpowiednie treści strzygłem / makijaż im robiłem, pompony doprawiałem / I gówno z tego miałem
Więc żegnam algorytmy, wreszcie wygrałyście / Nie byłem w stanie zrobić wam dobrze jak mi kazałyście / Jak zresztą miałem szansę wam dogodzić drogie panie / skoro co miesiąc zmieniałyście zdanie? / Miały być widoczności i skoki popularności / A są tylko antydepresanty i niskie poczucie wartości / Więc drogie algorytmy nagrywam na czterdziestkę 40-ścieżkowy album i jest to ostatni album jaki na was promuję/ I z was się wycofuję / Głupie chuje
There is no longer a star where the trees still look up
Have a summer get a living room and a skull
Go out, take me outside, tell me the fiery fiery lies
Come out, describe what we all really are
You, a country that of course stopped to know
You, a straight line through all sighs and doubts
You read my words without any flaws
You know what I know before I know
Muszę dużo ćwiczyć!
To lepsze niż latanie!
Moja pierwsza jazda na wrotkach!
Złaź zaraz! To łatwe!
Arena zwariowanych wrotkarzy kręci się w koło!
Jestem robakiem wielkiego jabłka!
Mam nadzieję, że lata nie będzie!
Wrotki są fajne! Jest tu Franek?
Ruszam do dzieła jestem Pigmanem!
Arena zwariowanych wrotkarzy kręci się w koło!
B
loole rie bira
loi issa bae broa
sea saao lollbi elsi
blisko wieloryba
abawili boi
kikeo o oisi
yra ewowao
blisko wieloryba
sabysaro eo
orwi kobe kao
roibo sawi lawe
blisko wieloryba
C
Cały lipiec słuchałem The Fall-a
Jeśli to grzech, to dajcie mi kartkie
Jerzy tymczasem nie próżnował-
Zakłada firmę szybciej, niż ja zakładam gacie!
Odsuwam myśli o apokalipsie – idźcie, idźcie, idźcie, idźcie
Zmienił fryzurę i kupił drona
Przybijał piątki i leczył syfa
Pytanie: czy oddałbym za to The Fall-a?
Spadają lajki, idzie apokalipsa!
Odsuwam myśli o apokalipsie – idźcie, idźcie, idźcie, idźcie
no idźcie!
Nie przyjdzie listopad bury
Nie wyścieła ruskiej dziury
Codzienny czerwony mech
Listopada więc nie będzie
Moje spodnie są ledwo zaczęte
Ani ciemny przestanie być dzień
Jeszcze nie narysowana
będziesz poza piknikowym
Stołem
Czarne majtki pod palikiem
Pewne tego są że były
Mokre
Jeszcze nie ma wiosny
Jeszcze mokre są na mieście wodorosty
Pusty wciąż pomarańczowy tlen
Jeszcze nie ma wiosny
Nigdy nie wysłucham własnej siostry
Odpowiedziała więc że skończyło się
Zamykam oczy na pogrzebie,
zwykłe dni uciekną, widzialne bliskie
Czyny
Jezioro kurczy się, jak szkielet kury,
i ponure spodnie się rozpadną jak
Zeszyty
Agnieszka cicho krąży
Ja to wszystkich wioseł wiatrów sto
Ja stanowię wioseł wiatrów sto
Agnieszka do szuflady, skądże?
Ja kosztuję sto milionów
Odbierzże mnie od aniołów
Agnieszka stoi, Agnieszka schnie
Do niej przymilali się
Ona tam została, na powierzchnię wypływała
Mądra i roztropna jest
Agnieszka cicho krąży
Ja to wszystkich wioseł wiatrów sto
Obdarz nas mądrością swą
Agnieszka do szuflady, skądże?
Ja kosztuję sto milionów
Odbierzże mnie od aniołów, od aniołów.
Agnieszka stoi, Agnieszka schnie
Do niej przymilali się
Ona tam została, na powierzchnię wypływała
Mądra i roztropna je, je
Daj chwili odejść, trzymasz się jej
A ona nigdy nie chciała tu być.
Rzucasz ją w okna, odbijasz od ścian
A ona grzeczność wyświadcza ci
Odpuść jedną tę minute,
Kolejnych minut czeka tłum.
Czas stanął w drzwiach
I nie chce przejść
I wszystko wszędzie
Czeka aż ci przejdzie.
I ręka cię swędzi
I korci cię spis treści
Czytasz między stronami
Zostawiasz kółka od herbaty
I przygody do czytania
I pieniądze do wydania
Za mało ich, wydaje się.
Za mało ich, nie wydaje się.
D
Film o pociągach, o połkniętym dymie
Film o powrotach w nawiedzonym kinie
Film o wzroście roślin, o ukrytej bajce
Film o wielkich skałach, o małej kochance
Wszystko puka, wszystko lśni
Chodzi o odległość dni
Film o ciepłych zwierzętach, o kurzu i błocie
Film o ruchu zasłon, o Tobie i o mnie
Film o biciu serca, nikt takiego nie zrobi
Film o dwóch planetach, o mnie i o Tobie
(Nieboskłon w okrzyki malowany
Jest jak tulipan wina
co w okrąg się wygina
I błyskawice chwastów
i cały wszechświat chrząszczy
i śni się na jeziorze
Rybak śpiewający)
I znowu jesień winna
i jabłek jestem pełen
Prąd rzeki pachnie tobą
i fruną kłębki wełen
I barwa wody czystej
i cztery jej ramiona
I latać można mocno,
od ptaków aż gorąco
Jesteś na plaży, jesteś na plaży
Jesteś decydującym z lekarzy
Zbierasz rzeczy, które nie wyszły
Słońce tak śpiewa, jak gdy byłeś mały
Dodajesz rzeczy do swojej listy
Masz w dłoniach wodę i piasek biały
Ostatni surfing, ostatnia fala
Czas się pogodzić, czas zasypiania.
Po co mam brać leki te,
W ostatniej chwili pokochałyście mnie
Będą za tobą tęsknić na oddziale
Nie myślisz o tym, wracasz na Hawaje
Myślisz o córce i myślisz o żonie
Gdy wreszcie zasypiasz, wciąż martwisz się o nie.
Ostatni surfing, ostatnia fala
Czas się pogodzić, czas zasypiania.
Czasami wpadam w poślizg już na początku dnia
I bez udziału woli sunę przez posiłki,
między budynkami, przez dłoni uściski
z rozmowy do rozmowy, z faktury do umowy
Nie robiąc nawet kroku, przecinam całą treść
Gdy słońce kreśli łuk, a stado obłoków
mknie
Czasami to co płaskie pochyłe robi się
I zjeżdżam coraz szybciej w niedoszłych godzin mgłę
I zgarniam w drodze słowa i myśli bliskich mych
Nim zdążę je obejrzeć, do tyłu robią czmych
I coraz większy kąt, i znika wszelkie skąd
Zostaje droga w dół
A ktoo napisz eo tobie książkę, o tobie książkę, książkę o tobie
Gdy ty jesteś tylko dwukropkiem, tyko dwukropkiem, kto?
Jaki mieć tytuł ma rozdział pierwszy, rozdział pierwszy, rozdział pierwszy
Gdy za dwukropkiem cisza się szczerzy, cisza się szczerzy, kto?
Nikt nie buduje pomników z marmuru, kwietnych alei, bram zdobionych
dla gdzieś przypadkiem postawionych znaków przestankowych.
Jestem dwukropkiem, tyle stanowię, jasno stwierdzona wielka zapowiedź
Za którą tylko pusta strona, jak cię przekonać, bądź zachwycona
Górna ma kropka to jest słońce, wstydy za wstydem wyłaniające
Dolna ma kropka to księżyc ciemny ukrywający pretensje wzajemne
A skąd ma wziąć się biografia, dla znaku który z potrzeby się stawia,
Za którym nigdy nic nie stanie, po co pisanie, skąd?
Przestało mi działać w klawiaturze zero,
Czy to znaczy, że nigdy już nie będzie niczego?
Och, chciałbym być taki pewien jak ty!
E
Jedyne co muszę to wstać
Potem dzień będzie mnie pchać
Niech mnie fala zaniesie gdzie chce
Patrzę jak dokoła wszystko dzieje się
Nie siadam bo nie wstanę
Nie zostaję sam bo zostanę
I wypełniam ciszę czymkolwiek
Wszystko lepsze niż to co jest w głowie
Dają mi coś do zrobienia i robię
Koncentrując się na rękach, na głosie
Niech na chwilę wszystko zasłoni
Obowiązek
I wiem
Czego powinienem chcieć
Ale nie mogę nic
Tylko pamiętać
F
Zobacz,
Zobacz wszystko
Okiem
Przejrzystym
Zobacz,
Zobacz dalej
Jak fiouki
Zakwitły
G
Nie było mnie przy mnie
Kiedy to mówiłem
Więc się nie liczy
Więc nikt się nie złości
Więc wszystko jest dobrze
Mój sekundancie
Mój ty aniele
Na ramieniu słabszym
Moje ty szczęście
Ze sklepu za złotówkę
Nie było mnie przy mnie
Czy ty nie rozumiesz
Czasami coś mówię
Językiem nie swoim
Tym bardziej nie aniołów
jak dzwon pusty dzwonię
Moje ty sumienie
Czyste jak kałuża
Co tępi uśmiechy
A płacze przedłuża
Wobec tego raz jeszcze
Powoli, boś głuche
Nie było mnie przy mnie
Kiedy się potłukłem
Pomiędzy dwiema cząsteczkami
Na wschód od drogi krajowej
Wicekról modli się kolanami
Do klasztoru oddał żonę
Bo one spadają z samolotem
Pielgrzymi idą do ojca Omi
Alicja porzuca życie szalone
Osiem kości w nadgarstku moim
Siedem lat w jednym miejscu
Sześć chorągwi w Toruniu
Pięć lat studiów and morzem
Cztery pieczęcie buddyjskiego chóru
Trzy partie Izraela
Dwie pierwsze płyty zespołu Mech
Jeden ks. Prof. Dr hab. Szpet
Zero tramwajów w Kielcach
Sztuka – Życie – Działanie
Ptak o brzuszku czerwonym
Diabelski Kościół w Usulutanie
Stłumił mój popęd płciowy
Nazwę
Tę gwiazdę
Fajerwerk
Zawroty
Głowy
Uśpią mnie
Gdzie paprocie rosną gęściej
Tam się będę chować częściej
W kołysaniu i szeleście
Jakoś przespać chcę
Czasy złe
Tam gdzie dróżki już zarosły
Omijane prawie zawsze
Nigdzie mnie nie ciągnie bardziej
W dziuplach opuszczonych z dawna
Gdzie nie gości sowa żadna
Tam mnie ciągnie moja głowa nieukładna
Gdzie się wykluwają gwiazdozbiory
Tam mnie zanieś i uspokój i ukołysz
Patrząc na umarłe światło
Jakoś mi wytrzymać łatwo
H
I
Chodzisz zdziwiony
Zimnym wiatrem, słońcem ostrym
Ciągle zbyt miękki
Przekazywany z ręki do ręki
Dzień każdy na tobie znaczy karb
Na twe nastroje w palecie braknie farb
Jak to jest, że w zachodu ze wschodem grze
Ty przegrywasz, a ja przyglądam się?
W swiat cię puścili
Z kanapkami i złym słowem
I od tej chwili
Od wiru do wiru skaczesz jak płomień
Przemiany zorza o krok przed tobą wciąż
W głowie masz pożar, daleko od zimnych rąk
Powiedz jaka ostatnia wielka myśl
W tej zmęczonej głowie się pojawi dziś?
Z trudno przepuszczalnych gleb
Jony podróżują wzwyż
Negocjują ze mną kształt
I pierścieni moich bieg
I kapelusz
ostatnich już
Abisyńskich róż
Wczesne drewno, późne drewno moje
Twarde, zbite, pierworodne słoje
I kapelusz
ostatnich już
Abisyńskich róż
Sprawy czekają
Się gromadzą
Sprawy są nagłe
Co poradzę
Jutro zacznę, jutro wezmę
Się za sprawy te zaległe
Ale dzisiaj, dzisiaj jeszcze
pomyślę jak zacząć najlepiej
Sprawy mi krążą
Jak albatrosy
Dzioby ostrzą
Ostre jak kosy
Sprawy nieba i ziemi
Sprawy się przedzierzgnęły
Pierwsze są ostatniemi
Jutro zacznę, jutro wezmę
Się za sprawy te zaległe
Ale dzisiaj, dzisiaj jeszcze
pomyślę jak zacząć najlepiej
Nie opędzę się od miernych
ptaków śpiewów one nawet
Nie próbują grać mi zgodnie
Ranek spada na mnie z mocą
Wszystko tu jest tłem
Wszystko dopiero ma się stać
Wolność dopiero ma być
Zacznij więc kosić od tej strony
Gdy z drugiej zarasta już ogród zielony.
Przecież introwertyk to sam pion
To powietrza wir, to promieni snop
To wirusa noga, to bakterii wąs
Zmniejsza się w łazience by wyciszyć szum
Spróbuj dać mu przejść
Spróbuj dać mu czas
Spróbuj dać mu część
Tlenu który masz
J
Mój mistrz kolekcjonuje rzeczy
Mój mistrz potrafi z dziupli w ziemi
Wydziobać nowy dom dla dzieci
Wypełnić go szczeblami
Siostro ranna, za ranna, ledwo odzyskana
Chmuro w biegu wstrzymana
Dotknięta laską szamana
Chmuro moja
Chmuro ma
Złamana
Oddana
Dana
Na
A
Prowadzi mnie od samej furtki
Prowadzi poprzez mebli szpaler
Liśćmi wyściełał swą posadzkę
A ściany zdobią jego nauki
Siostro ranna, za ranna, ledwo odzyskana
Chmuro w biegu wstrzymana
Dotknięta laską szamana
Chmuro moja
Chmuro ma
Złamana
Oddana
Dana
Na
A
Siostro zmęczona, umęczona, wezbrana jak fala
Jak fala uwięziona w nieubłaganych skałach
Jak fala zatrzymana i w pianę ugłaskana
Jak fala roziskrzona, fala rozpluskana
Jak fala położona spać w koralach
Jak fala co nie wraca, pokonana
Jak fala zimna i zobojętniała
Jak fala odkryta i niecała
Jak fala ukryta i słaba
Jak fala co ocalała
Jak fala poranna
Jak fala ranna
Jak fala mała
Jak fala ma
Jak fala
Fala
La
Jak to nie będzie medalu?
Za moje tu wyrzeczenia,
Za moje tu poświęcenia
Żadna nagroda nie czeka?
I po cóż ja tak się starałem?
I tobie większy kawałek dawałem?
I byś spać mogła, samemu nie spałem,
Na co w ten sposób zapracowałem?
Gdzie, pytam, złote puchary?
Gdzie szarfa, gdzie dyplom na ścianę,
Gdy całe me serce oddaję,
Gdy czas mój ucieka na marne?
Czy to naprawdę tak ciężko,
Gdy wszystko poświęcam dla ciebie,
Niczego samemu w zamian nie biorąc
Załatwić małą odznakę lub wstęgę?
Nie jestem na wierząco, nie jestem na wierząco, czekam na dnia końcu czekam w cienia skrawku czekam na skraju tego kraju, jak słońca aureola, jak przepastna chmura łagodnieje. Ostra gwiazda przetacza się po karku dzisiaj festiwal, dziś festiwal w parku. Dzisiaj festiwal muzyki organowej, i już z pramaterii wstaje organ nowy. Otwórz list, otwórz list. On tak długo leżał i stygł to informacja o ślubie, o ślubie. Tak blisko, w następne popołudnie. Jeśli chcesz, mógłbyś pójść, mógłbyś pójść, informacja że będzie ślub, będzie ślub. Nie pójdę, ale widzę to jak na dłoni. Niebo będzie niebieskie, niebiescy będą młodzi. Tuż obok na straganie on kupi jej balonik, po kocich łbach cicho jak kot – – balonik. Jeden gołąb nie leci. Jeden gołąb zastygły pośrodku nieba pauza, jeden gołąb się nie zgadza. Jeden gołąb wciąż stygnie, zatrzymany w lazurze. Jeden gołąb przy wieży znajdzie się na pocztówce.
Jedziemy, krajobraz rdzewieje
Myślałem że wiem, ale nie wiem
Ucieka mi rozum przez chmury
Ucieka mi rozum do góry
Nie mogę się zabrać do spania
W głowie wciąż podsumowania
Czy to późna pora czy zmęczenie
Ale w żadnym z nich
Nie wychodzę na plus wcale
Na zero nawet
Księżyc jak lampa w pokoju przesłuchań
Zagląda mi w oczy i w czoło mi dmucha
Jeszcze nie skończyłeś, niedoczekanie
Jeszcze długo nie zaśniesz
Lata całe
Jedź za mną, jedź za mną jedź
Przez półmrok i przez pół-śnieg
Osiedla i tory przez
Przecież to nie możesz być ty, przecież
Skręć za mną, skręć za mną, skręć
Twoje rysy układają się w znajomy wzór
Twoich oczu ledwo dostrzegam kontur
Ale przecież to nie możesz być ty tu
Ach pójdźże ze mną między piksele
Na tle gradientu w kryształy miękkie
Niech nas utulą modemu szumy
I paproci w doniczce szelest
Ach Weź dłoń moją polygonalną
I wetchnij w płuca łunę fraktalną
Wsłuchaj się w pieśni kiepskiej jakości
Ptaszyny leśnej w odcieniach szarości
To jest prawdziwe, co prawdziwym nazwiemy
Gdzie większość czasu spędzamy
Gdzie żyjemy i kochamy
Gdzie tęsknimy dnia każdego
A innym nic do tego.
Wpatruję się w twe wyrazy ważne
I w buźkach z przecinków sens życia wypatrzę
I zachód w hd oglądamy we swoje
I gifów jesienne migracje.
Jak to nie wiesz gdzie jestem? Jestem pod telefonem!
Spójrzcie tylko w tę stronę! Jestem pod telefonem!
Przygniótł mnie jak obelisk, z Odysei Kosmicznej.
Jestem pod telefonem! Niechże ktoś go podźwignie!
Jak to nie wiesz gdzie jestem? W internecie na stronie!
Wszystko wiecie już o mnie – napisałem na stronie!
Patrzę w białe okienko, aż mi oczy wypłyną;
ale jestem na stronie – a te słowa nie miną.
Jak to nie wiesz gdzie jestem? Jestem w kolejce w sklepie.
Znowu kurna nie wiecie? Stoję w sklepie, w kolejce!
Stoję w Dildlu do kasy, z prawie pustym koszykiem,
jestem muzykiem indje – jestem indje muzykiem.
K
Słońce już zaszło za ściany, co płoną
Domy kłaniają się gwiazdom i wodom
Całe powietrze aż szumi ze wstydu
Lecz prędzej umrze, niż dotknie świtu
Lecz prędzej umrze, niż dotknie świtu
Lecz prędzej umrze, niż dotknie świtu
Miałem przyjaciół w okrągłych ramkach
Piliśmy kawę w pustych kawiarniach
Graliśmy w karty rzucając żarty
Rzucając cienie na zdjęcia bez nazwy
Rzucając cienie na zdjęcia bez nazwy
Rzucając cienie na zdjęcia bez nazwy
Kawiarnie dalej stoją, gdzie stały
Kafelki dalej się tulą do ściany
Krzesła już leżą, kawa już zimna
Karty już czarne, zgrane do czysta
Miałem przyjaciół, graliśmy w karty
Zimową porą, gdy wicher się skarżył
Byłem ja na wybrzeżu zwiedzać wielkie wulkany
Słuchałem jak dzwoni na wzgórzu zegar zapomniany
Pomiędzy jedną ruiną a drugą
Gubiłem magnetyczne linie
Ale to nie szkodzi wcale
Przecież droga wiedzie zawsze
Jeszcze nigdy nikt nie znalazł
Drogi, co by w miejscu stała
Kartkę piszę ci siedząc na kolanie posągu
Obserwuję zawilce jak się chylą w przeciągu
A pod nieba szarym czołem
Ptak co walczy z wiatrem wrogim
Nic się nie zatrzymuje, jeśli o mnie chodzi
Mróz mnie obejmuje, ale to nie szkodzi
Organizm ludzki proszę pana
Nie takie rzeczy proszę pana
Wytrzymuje
Zegar mi się późni, jeśli o mnie chodzi
Jest już tak bardzo późno, że właściwie nie działa
Jest pora taka dziwna proszę pana
Że rasa ludzka jej właściwie proszę pana
Nie nazwała
Bo nazywamy wszystko jak okiem sięgnąć
Jezioro, każdy wzgórek, każdą kość i każde ścięgno
Zaś co najbardziej nasz przeraża proszępana
To myśl co właśnie pozostanie nienazwana
Krzysztof zawiesił mi się w wideokonferencji, cały czas przybliżał się oddalał, krzysztof mi się zapętlił. Wciskałem wszystkie guziki, mówiłem do mikrofonu, klikałem we wszystko na myszce, płakałem i próbowałem znowu Czułem jak czas ucieka, czułem jak fala się cofa, czułem że mocy ubywa, by uratować krzysztofa. Nigdy nie miałem pomysłu na siebie, nigdy nie miałem racji, nie wystarczało mocy i wiary by wyrwać się z korporacji. Ludzie zadają pytania, i podkreślają ustępy, ludzie się łapią za głowy i pióra gdy snuję wideo-występy. Krzysztof tymczasem naprawił, obliczem wypełnił kamerę, więc dzisiaj mnie jeszcze nie zwolnią, więc dziś przeznaczenie wypełnię.
Ja prawie złamię lewe ramię
Tak moje miasto ciągnie garnie
Po ptasich dziobach deszczem stuka
I lato miejsca we mnie szuka
Proszę, gdy mówisz cicho w kierunku
mojego kurzu i bałaganu
gdy kochasz kochasz deszczem miękkim
to ja cały czas otwarty na dół.
(Jestem szarą wodą
Szarą jak czasu rzeka będzie
Szukam ciebie w kącie lasu
i las ze mną był w ręku przez lata
i las lata szuka miejsca we mnie
Wychodzą płatki ze wszystkich minut
Kolorowymi dziobiąc czubkami
Pani psycholog nie ma terminów
Więc muszę posiedzieć w pokoju z kwiatami.
Cały kurz ciałem swym
Wygrabiłem od okien do drzwi
Wysłuchując piskląt i psów
Zadzwonię znowu, zadzwonię znów
Niestety nic.
L / Ł
M
Powietrze tu jest niemożliwe
Naczynia same suną po stole
Firany tęsknią wieczorami
I płaczą rzewnie pozostawione
Bukiety sztucznych kwiatów świecą
Fosforyzując uranowo
Portretów ramy nieeuklidejsko
Wiją się czterowymiarowo
Gdy tylko odwrócę wzrok
Całe mieszkanie czeka
Żebym odwrócił wzrok
Mijałem się z Tobą
Mario z Joannitów
Nie z wyboru, co to to,
Raczej losu wymóg
Tak więc w Academic Pubie
Tak więc w mroźnej, niegościnnej Pradze
I w korytach Babilonu
Pierwszej rzeki wygodnego D.S. domu
Mijałem się, mijałem się
Mijałem się z Marianną
Choć nie unikałem
Ócz zielonych, co mi słały
Iskry nieskoordynowane
Tak więc w adriatycznej łaźni
Gdy jej nimb me nozdrza drażnił
I w Strzeszynie, gdy suszyłem
Nie dotknęły jej, me piersi
Mijałem się, mijałem się
Pączek dojrzewania i nagle dorosłość
Z pudła wyleciała, zabawki wyniosło
Wodziłaś na pokuszenie,
Gdy wołałem: wróć ja będę,
Wiodłaś mnie na bale wszystkie,
Nie kiwnęłaś nawet listkiem
Zawiodłem się, zawiodłem się
Nei ma czasu, nie jestem już młody, gdziekolwiek nie pójdę ktoś strąca na ziemię moje lody. Włączam radio żeby być na bieżąco. Słucham tej samej piosenki o tej samej porze od miesiąca.
Nie płacą mi za gadanie, więc siedzę i żłopię ciche upokorzenia od syszek na topie
i wypełniam tabele jak kolorowanki i plotę z terminów marketingowe cuda wianki
przeczesuję fotografie co nikogo nie obchodzą i rozwijam jak potarafię transparenty z myślą złotą.
Żenada wszakże wracam w ten kierat i w kołomyję. Miłe żywić ideę, lecz milej mieć na jedzenie i na benzynę.
Dashboard, darz bór, żeby znał się taki jak ja i ogarniał hosting, marketing, mailing i aeropressing. mixing, mastering, editing i fotoshoping, astroturfing, webbuilding, mobbing i lobbing.
Zanim oko się otworzy, ręka wyprostuje, już panikę czuje, zaraz zegar wystartuje.
Żenada wszakże wracam w ten kierat i w kołomyję, bo to miłe mieć na jedzenie i na benzynę.
Moje plastikowe oczy
Patrzą na świat bez wyrazu
Moje serce czasem zaskoczy
mnie, ale nie od razu,
Moje oczy nie patrzą na nikogo,
Tylko patrzą za wszystkich,
Moje serce bije dla nikogo,
Może z nudów
Nic
Nie czuję
Kiedy
Serce bije
Nic
Nie czuję
Kiedy
Żyję
Moje plastikowe ręce
Ciągle kogoś obejmują
Chociaż lepiej wiem niż one
Że nic nie potrzebują
Moje plastikowe nogi
Gdzieś prowadzą mnie bez sensu
Gdybym mógł powiedzieć sercu
By przestało bić
ale
Nic
Nie czuję
Gdy
Serce bije
Nic
Nie czuję
Kiedy
Żyję
Morze wyrzuca
Wielorybie płuca
I mózg, który myśli
Goście z niego wyszli.
Może mnie wyrzuca
Obiecało przecież
Że tak nie będzie,
Że mnie nie będzie
Że mnie nie będzie.
Ptaki na mnie gwiżdżą
Jasne mają dzioby
Już nie jestem morzem,
Nie jestem gotowy,
Nie jestem gotowy.
Może mnie wyrzuca
Obiecało przecież
Że tak nie będzie,
Że mnie nie będzie
Że mnie nie będzie.
Gdy będziemy daleko, może morze
Zamarzy mgliście o naszym powrocie
Kiedyś to był czar,
Teraz tylko błysk iskry wśród fal.
Czegoś to było symbolem
Gdy język mój nie wiedział o sobie.
Mewy rysują horyzont, on pęka cały
Od tęsknot na brzegu morza wykrzyczanych
Iskra rozeszła się wśród morza
I nieme ryby rozjarzyły się jak pożar.
Odpychasz, odpychasz fale ale
One wracają, kochają cię zbyt stale
Kiedyś to był czar,
Teraz tylko błysk iskry wśród fal.
Czegoś to było symbolem
Gdy język mój nie wiedział o sobie.
Chodźcie bliżej, jest co świętować
Kiedy zorza piany wznosi się na fal ramionach
Kraj mój położon jest na brzegu toni
Tylko odbicie ognia moje pióro zdobi.
Mrówcze dzieje
Postanowienia mniejsze
Niż bakterie
A w jakiej tajemnicy je spisałem
A w jakiej ja ciemnicy pochowałem
Nigdy nie znajdziesz
Kryjówki mojej
Jest na planecie
Niebiesko-zielonej
W samym kąciku
małej galaktyki
Ledwo oświetlonej
Światłem małej gwiazdy
Jak się krew przedziera
Pajęczyną tkanek
To na zawsze sekret
Niezrozumiany
Na małej planecie
W małym kontynencie
W najmniejszym paluszku
Tam mnie odnajdziecie
N
Nagle, znienacka, nie stało się nic
Cały świat był zdziwiony
A tyle wydałem na petardy
I wino i ser francuski twardy
Zapakowany został w dłoni
A brałem lekcje a kursy treningi
A rekolekcje a bieżnia i dieta
A te prelekcje, dykcja i moda
Te horyzonty tak poszerzane
Że aż trzeszczały nadwerężane
Po ty by pojąć że nigdzie nigdy
Niespodziewanie nic się nie stanie.
Nikt nie spodziewał się takiej ciszy
To znaczy trochę przeczuwałem
Widzicie zawsze taki dar miałem
Czytając z nieba i ruchu myszy
Bałem się że będzie nic i proszę
Żywa przynęta
Zagląda w kąty mych ócz
Ah, nie pamiętać
Pozapominać ich prócz
Ciebie
Ciebie mam w zielonej wodzie
Ciebie mam na mapie w szkole
Pod spadochronem
Jest miejsce dla osób dwóch
Pod nieboskłonem
Czasza zasłoni mi wszystko prócz
Ciebie
Ciebie mam w stukaniu deszczu
Ciebie mam w gąszczu oddechu
Ciebie
Nie mówię o czasie który ma nadejść
Nie mówię o załatwianiu spraw
Nie mówię o terminach spłat
Mówię o długich wąsach traw
Mówię o drodze znikąd do lasu
Mówię o jezior zielonych łzach
Mówię o łące pośród hałasu
Ptaków i długich wąsów traw
Więc gdy materia przydusi cię
Na peryferie pędź póki dnia
I coraz bardziej czołgaj się
Aż cię przykryją wąsy traw.
Hej, tam za biurem jest luźna płytka
Pod płytką popiół i peta wiór
A jego przegub przebija wzwyż
Małe ździebełko, nawet tu
Więc gdy materia przydusi cię
Na peryferie pędź póki dnia
I coraz bardziej czołgaj się
Aż cię przykryją wąsy traw.
Do czasu rozumie mnie ściana,
do czasu przyjmują mnie drzwi.
Boję się, że przestrzeń zbuntuje się,
każe zostać na zewnątrz i mi.
Moich nerwów sieć zapomniała co to wdech
I światła brak mocnego w pustej kuli oka mego
Mego
Jest pajęczyna miedzy dniami,
po której skoczek idzie zziębły,
i lawiruje kończynami,
i prawie wpada do przerębli.
Nie mogę zostać zapomniany, to najważniejsze
Nie mogę zostać zapomniany, nic nie jest wieczne
Istotne żeby wieczorami, kiedy w czarnej okna tafli
Nic nie zostaje oprócz sylwetki mojej wśród koców oraz frędzli
Ani przez moment nie odnieść wrażenia
Że coś się zmniejsza, oddala, zmienia
Sam w sobie znikam jakby wannę ogromną
Ktoś wtem odetkał i jestestwo całe
Patrzyło samo na się ze zgrozą nabożną
Jak w cichym wrzasku cienieje, wsysane
Chowasz nogi pod sofę coraz dalej i dalej aż się w przedział rozjeżdża
Kolei międzystanowej i za drzwiami już czeka cała przeszłość rozlana
Chciałbyś wejść jak do wanny ale brniesz po kolana
Po horyzont po szyję po niewczasie po równo
Poboczami, poniekąd, tak ponuro i smutno
Chowasz głowę pod mankiet by wydobyć językiem
Pierwsze literki pulsu, z boku chwili wykwitłe
Tydzień się zaczął beze mnie, tydzień beze mnie przeminie, choć taki jestem ważny, nikt ie spytał mnie o opinię. Słońca wybuchy rozbłysły, promieniem głaszcząc ogrody. Nie było to moim pomysłem, nie wyraziłem na to zgody.
A potem mnożyły się mrówki, a potem kładły się trawy. I ptaki różnobarwne moje owoce kradły.
Wiatr nagle zmieniał kierunek, chmury zmieniały kształty. Nikogo nie prosiłem lecz sunął po ziemi cień uparty.
I nagle cień był już na mnie, a przecież to o mnie tu chodzi!
I nagle dwie gwiazdy spadły z powiek do stóp moich.
Już miałeś czas, zmarnowałeś
Nie spodziewaj się niczego wcale
Zamknij się i rób swoje
Nikt nie kibicuje 40-latkowi
Już byłeś smukły, sprężysty i sprawny
Zgrabny i Zwarty, jakże zabawny,
szybki, szczęśliwy, sztywny gdzie trzeba, ale już jest czterdziestka – rób miejsce, rób miejsce, rób!
O
Powinienem myć cię częściej,
Częściej ciebie myć
Bo wieziesz mnie, bo mnie wieziesz,
Dzielnie służysz mi
Opel! Astra!
Modelowa jazda!
Moja fura własna!
Modelowa jazda!
Inni mają wielkie koła
I ich maska lśni
Ale wierna Astra moja
Ona wystarczy mi.
Opel! Astra!
Modelowa jazda!
Moja fura własna!
Modelowa jazda!
(moja fura własna)
Muldy górki śnieg i brud i
Błoto, skały też
Mój ty rzutki giętki Oplu
Wszystko przejedziesz.
Kiedy wozisz mnie, nie zawodzisz mnie x5
Okulary do chodzenia
By chodnika widzieć szpary
By broń boże nie wessały
Kiedyś będzie mniej potwornie
Potrzebuję do patrzenia
Trzeba więcej żeby wiedzieć
Jak wycofać się, gdzie leżeć
Przecież czaszka nie ma powiek
(Tak w ogóle to dopiero
Wczoraj usłyszałem w szkole,
Że mam całą czaszkę w głowie –
Toż to w głowie się nie mieści!)
Właśnie po to okulary
Żeby czytać drobne treści
By broń boże nie wygrały
Liczę te nerwowe wdechy
Wdechy na tle niebieskiego
Prostokąta komputera
Kompu kiedyś, kompu nieraz
A pośrodku niego gwiazda
W środku gwiazdy wielka drzemka
Wielka drzemka bez wytchnienia
Okulary do chodzenia
Godzina osiemnasta, niebo jest popołudniowe
Lato jeszcze tu wybrzmiewa, choć jest lekko fioletowe
Letni rozkład jest tramwajów
Więc ja letnich obyczajów
Jeszcze będę też.
Wszystko odrobinę wyludnione tak jak lubię
Razem ze mną wysiadł jakiś dziadek lecz go zgubię
Robię nawrót na Garncarską
Jeszcze można, jeszcze jasno
Sprawdzam tętno – jest.
Doba w dobę suniesz w życie jak po szynie
Nawet kiedy pustym latem w pusty rynek
Wchodzisz chłonąc ślady dawnych ekscytacji
To z powrotem w koleinę wpadniesz znów i nie mów mi że nie mam racji.
Wczesny wieczór już, późnego nie doczekam
Słowa nie dotrzymam, trzymam chociaż szklankę
Otwieram oczy w łóżku, szaro, czy to osiemnasta?
Nie – to nowy stary świt szary nastał.
To nic nowego słowa moje
Naokoło tematu zawsze
Tak delikatne takie powolne
I nikt naprawdę tak się nie dowie
I ty też nie wiesz, wiedzieć nie masz
Jaka mnie teraz zżera potrzeba
Będzie o lesie o wietrze o skarbie
I będzie o tobie lecz imię nie padnie
P
Jadę tramwajem między żurawie
Kładę kładę Pestkę na plażę
W przestrzeni ciasno zamkniętej blokami
Gwiazdy się odbijają w zjeżdżalni
A w Szczecinie gdzieś w środku
Jest ulica Ku Słońcu
A w Poznaniu za bramką
Jest ulica Za Bramką
A w Krakowie, mówi Łukasz
Że jest ulica Na Chałupkach
Ale on zmienił płeć
Więc już nie wiem jak to jest
Mój dom jest pełen nowych żyjątek
Ja nie wiem nawet kiedy był piątek
A w Szczecinie…
Przy mnie białe miejsce, nienormalnie chłodne
Ile godzin jeszcze zanim znowu dotkniesz mnie?
Cisza w uszach dzwoni, milczą telefony
Chcę twojego głosu, spokojnej melodii słów
Turlam się i wiję w domu pustych ścianach
Bez ciebie ta przestrzeń zupełnie wyprana
z sensu jest
Wróć już, wracaj, nie bój się
Nie lękaj, wiem że źle
Błagać jest, krzyczeć też;
Ale bez ciebie,
Bez ciebie, bez ciebie,
Tak strasznie pusto.
R
Rock nie jest martwy, jak wielu twierdzi;
On tylko leży i śmierdzi
Zaplątany we własne progresje
W makarony przydługich solówek
Się nie może wydostać z kolorowych sznurówek
Toteż leży i gryzie po kostkach
Tudzież warczy przywiązan za szyję
Kiedyś biegał spocony i chudy
Teraz siedzi spocony i tyje
Ale nic nie jest nieodrawcalne
Pod miękką tkanką są mięśnie te same
I raz rozdrażniony właściwym słowem
Rock znów powróci i stanie gotowy
Tylko potrzymaj mu szelki
Tylko popilnuj mu wody
Tylko przygotuj mu jasiek
Bo rock jednak nie jest już młody
questions led to weeks and weeks
DAYS the time the time the time
DAYS the time the time the time
MALE, NO BED DAYS none
Get into the roots of how
is to turn everyday
What if you could do the very?
Grading GRAVEL GRAVEL GRAVEL
Grading GRAVEL GRAVEL GRAVEL
At one point there was everyone
Get into the roots of how
is to turn everyday
Everyday!
Everyday!
S
Zamek szklanych wróżek i
Wyrzucone krewetki
Ośmiokątna altana
Savannah
Woda po szyję sięga mrok
Na plaży drzemie smok
Muszla zęba złamana
Savannah
Słońce zachodzi, nie zajdzie
Mewa klucza nie znajdzie
Dziwnie na mnie spojrzała
Savannah
Ostatni dzień z wielu, nie chcę do hotelu
Słońce nie spadło lecz nadal spada
I jego tarcza czeka rozgrzana
Savannah
Mój senny doktor
stoi w moich drzwiach
Mój senny doktor
Przesypuje piach
Mój senny doktor
Przepisuje wiatr
Mój senny doktor
Mój senny
Mój senny doktor
Mruczy tak jak kot
Mój senny doktor
Z tak odległych stron
Mój senny doktor
On się zajmie mną
Mój senny doktor
Mój senny
Dziewczyna w sportowym staniku i bez brwi pobiła mężczyznę w Wyższej Szkole Geodezji
Pobiła mężczyznę w Wyższej Szkole Geodezji dziewczyna w sportowym staniku i bez brwi
Znienawidzony smak
Dobrze znajomy tak
Ale on
Budzi mnie
Sprawia że
Więcej chce
On tylko budzi mnie
Dobrze znajomy ból
Podaję rękę mu
Tylko on
Pomaga mi
W świecie tym
Co się śni
On pomaga mi, mi, mi, mi.
Ooo
Wybija godzina nowego zmartwienia
Zobaczmy co wyjdzie z takiego cierpienia
Już nawet nie uciekam, już nawet się nie chowam
Staję obok siebie i będę obserwował
Obok gdzieś się dzieje polityka
Skrzynkę mi rachunków wielki kłąb zatyka
Wokół jak szalone pędzą pory roku
Srebrny deszcz wypełnia mi mój pokój
Plakat się oderwał od wilgoci
Pod nim nowe okno gdzieś na noc wychodzi
Wyjdę przez nie, pójdę gdzieś po linie
Będę szedł przez szarość póki mi nie minie
Zardzewiałych aut krąg
Twój nowy stary dom
Dla mnie już nie liczy się
już nic nie liczy dla mnie się
Oprócz ciebie już nie liczy
dla mnie się już nic o nie
Tylu kolorowych dachów już
Porządek ile wlezie w wóz
Dla mnie już nie liczy się
już nic nie liczy dla mnie się
Oprócz ciebie już nie liczy
dla mnie się już nic o nie
Godziną pierwszą raju tego
Raju złotego malowanego
Zachodem słońc
Początkiem końc
Kreskę szarego
Czoła mego
Ostatniego dnia, tego sznura aut, i kudłatej
Alei drzew, gdzie ptaków zew, znów zabrzmi
Ile Chcesz
Godzin Weź
Moich Kół
Czas Mi W dół
Dla mnie już nie liczy się
już nic nie liczy dla mnie się
Oprócz ciebie już nie liczy
dla mnie się już nic o nie
W okolicy rządzą anteny
W okolicy rządzą kominy
W okolicy rządzą latarnie
Zasłaniają niebo starannie
Dzięki nim wieczór nigdy nie jest zimny
Dzięki nim nie grożą nam wcale
minuty ciszy niezdarnej
Pomiędzy naszymi oczami
Rzeczy ledwie rozpięte
Szum transmisji zagłuszy
Blask neonu zabierze
Wielki samochód podjechał w nocy
Wymienili wszystkich sąsiadów
Komunikat był uspokajający
Więc ponownie na łóżko opadłem
Drzewa robią miejsce dla ulic
Kwiaty robią miejsce parkingom
choć tak ręce wyciągam teraz
Chociaż tęsknię tak bardzo jak umiem
Miasto ciągle pomiędzy się wdziera
Dopowiada nam słowa nieprawdy
Miesza wszystkie dostępne sygnały
T
Wejdź błagam w mój bałagan – nic nie oferuję, tu nic nie ma, wszystkiego nie znoszę, zapraszam proszę. Zimny prąd rozwiesił się stąd. Z szafy na próg, spomiędzy nóg, z czoła na wschód, ruch mój przeczy istocie rzeczy. Pogniotłeś się stary, wyglądałeś młodziej dwadzieścia lat temu, co się stało, co cię w kurzu wytargłao? Jak śmiesz się zmieniać, jak śmiesz się tak mienić, w oczach mi błyszczy od twoich pikseli. Jak śmiesz się mylić, miej odpowiedzi. Wejdź do mnie proszę, nie bój się siedzieć. Będziemy milczeć nad pustym kubkiem, będziemy razem jeść chińską zupkę. Będziemy patrzeć w zegara tarczę, ty coś wyjęczyś, ja coś zawarczę.
Tata znowu słucha nirvany oni tak dawno nic nowego nie nagrali. Nic się nie powtarza, nic się nie wydarza, przynosze ci nic, nic, jest godzina zero.
Na orbicie obóz rozbijają skauci, więcej niż choinek w zakażonym aucie, więcej niż muminek nazrywał paproci, życze ci skonczenia na czas opowieści, sobie życzę żeby raz się wyspać wreszcie; nic się nie powtarza, nic się nie wydarza, więc przynosze ci nic, na czas, na głos.
Tato sypia z głową na klawiszu escape, potem głośno krzyczy „hej, ja wcale ni eśpię” po prawdzie niełatwo stwierdzić to od razu, jego małe oczy całkiem są bez barwy, wszyscy więc bez przerwy powtórzmy bez werey: nic się nie powtarza, nic się nie wydarza, ekran się wygasza, noc bez komentarza, przynosze ci nic, na czas, na głos, na znak, a jak, na opak, na wskroś.
Tęsknota to też uczucie
Znaczny stan poruszenia
I póki jestem świadomy
Staję się bardziej złożony
I czaszka już nie urasta
Maleją me możliwości
Uników i uciekania
Od ciosów i głosów
Tęsknoty.
Kamienie spadają ze szczytów
Trącając struny kręgowców
Gromady, domeny, gatunki
Owady, dolmeny, jaskółki
I czaszka już nie urasta
Maleją me możliwości
Uników i uciekania
Od ciosów i głosów
Tęsknoty.
Inspecting her newest reflection
Trying to make form out of the blurs
Squinting to keep her secrets
Echoing every detail of express
‘Tis a bird
A lark
The foundation of my heart of hearts
An off prime
Nebula
Fibrillating the dormant fight.
In the wash of her early fall
As it stands now, she esteems her house
All are but a time machine
Taking heart for the swell of life
‘Tis a bird…
My shifting expressions gave me away
‘Tis a bird…
Pani Maria
Pani Maria
Jeszcze nie pora wstawać
Pani Maria
Pani Maria
Jeszcze nie pora wstawać
Pani Maria
Pani Maria
Ile mam się powtarzać?
Żadne serce
Nie jest spokojne
Maszty
Cisza
Tobago i Trynidad
Jeszcze nie pora wstawać
Jeszcze nie pora wstawać
Dotknij tylko
Niech prąd przesunie z ciebie do mnie
Siłę twoją szybko
Tak bardzo chciałbym dać coś w zamian tobie
Może kiedy będzie
Kiedy będzie lepiej
Może kiedy będzie ze mną trochę lepiej
Jakoś się odwdzięczę.
Lubie wyobrażać sobie że ta chmura tuż za lasem
To nie para wydychana przez jezioro
Tylko zwierze przykucnięte i rozgrzane
Które ruszy gdy gorąco już opadnie
Będzie kroczyć przez osiedle i nad płotem
Tak ogromne że nieomal wyczuwalne
Takie ciche że teoretyczne prawie
Zastępując mi horyzont coraz bardziej
Najlepiej o mnie zapomnieć,
Wrzucić do morza
Nie bez powodu
morze jest czarne,
Wpadło do niego
Twoje serce.
U
Ucięte skrzydła straszą mnie
Po nocach straszą mnie
Nad łóżkiem łopoczą i
Zsyłają koszmary mi
Zwierzę, raz przyjęte przez ramiona wiosny
Tańczy jak szalone w filmie o przeszłości
Ciepły celuloid czarno-białych zim i lat
Zamknięty w samym sobie nawias jego młodych łap
A sens to śpiew, a śpiew to deszcz,
a deszcz to wszystkie złożone razem dłonie;
Tyle tęcz tańczy też w twoich włosach gdy ulewa,
A we mnie duch mój omdlewa,
serce we mnie zamiera.
Koniec tego pola to skraj wyobraźni
nic więcej nie przekroczysz, nic cię więcej nie przestraszy
A sens to śpiew…
A sens to śpiew…
Oczywiście że pragnę śmierci, kto nie pragnie?
Ale najpierw chcę zostać pradziadkiem
Wdrapać się na każde wysokie drzewo w sadzie
I opisać, opisać to w memłarze
Więc umrzeć to ostatnia rzecz jaką chciałbym zrobić, bejbe
Oczywiście że istnienie boli, lecz jakże
To tak przestać; to nie wypada! To nieładnie!
Wszystko co jest lepsze niż co nie jest, to jest pewne
Może boleć; całą wieczność będę miał na całą resztę.
Więc umrzeć to ostatnia rzecz jaką chciałbym zrobić, bejbe
W
Wszystko! Jest w gipsie
Kiedy marzną kostki
Są najszczęśliwsze
Tuż pod fabryką dywanów
Nad orientacją
Lepiej się zastanów
Napisano wszakże:
Będą ostatnimi
ty i ja na zawsze
Odłóż moje wiersze
Zanim coś o tobie tam będzie
Wszystko szczeźnie
Potrafię robic cos z niczego
Spytajcie przełożonego mojego
Z wolnego czasu robię dzień stresu
Wypuszczam powietrze z pugilaresu
Od razu mniejszy a dzień ciemniejszy
Z głodu się czołgam po ścianie
Z głodu jem drugie śniadanie
Kuchnia zgnieciona od wczoraj
Niczego nie słychać wcale
Jak w polskim kryminale
Coś chrzęszczy, coś chwaszczy i rozpoznaję
Tylko przekleństwa jak kwiatki przydrożne
Słyszałem straszne główno
Nic nie trzymało się niczego
„To deconstructed club” powiadają
Za stary jesteś na to kolego
Wczołguję się pokonany z głową spuszczoną
Z powrotem między harmonie i akordy
Pomiędzy metrum i dynamikę,
Przytulam tembry i motorykę
Jestem za bardzo przyzwyczajony
To będzie moja zguba
Zejdę z ołówkiem w dłoni zmarszczonej
Domalowując wąsy sobie
Niesymetryczne wąsy nowej ery
Niesymetryczne i na pewno nie na cztery
Gnij schab!
Jeż wlókł gęś!
Zwóź żel!
Bądź waść gej!
Mężny bądź!
Tchórz w KGB!
Sądź płoć!
Bądź waść gej!
Kumpli chroń!
Fajny mężuś i leń!
Puść mą dłoń!
Bądź waść gej!
Złóż syf!
Chłystków gnęb!
Filmuj żądań rzeź!
Bądź waść gej!
Pułk twój i sześć flag we flaszy głąb
Błązeństw dość, luźne figi pójdą w loch
Wójt dźgnął boży puch, gryzie miąższ
Struś czknął, bij ćmy,
Aj pech!
Pędź, trąb!
Pędź, trąb!
To wszystko teraz i tu
To tylko jedna wielka przerwa
Owszem jest złota i niebieska
I rozciągnięta wśród wód i gór
I przetykana geniuszem słońca
I malowana strzępami chmur
Ale nie mogę przestać myśleć
O chwili która przecież przyjdzie
Wielkim powrocie w szare niebycie
Na jakąś szarą półkę schowaniu
Zimny parapet, twarzą do ściany
To wszystko co tylko znam
To tylko taniec pośród pauzy
Owszem dźwięczącej oddechem marzeń,
Kobiet i dzieci śmiechu błyskiem
I piorunami miłości, rozpaczy
Pachnącą ziemią i lasem i wszystkim
Są wielkie ptaki co na północ lecą
Niepozbierane z luster cienką krechą
Wciąż zadziwione całą resztą świata
Ptaki co nie lądują całe lata
Jest syn królika co z konopi się wydostał
który kochał, który krzyczał, który odszedł, który został
Są wielkie ptaki co gdy wiatr im przeciw wieje
robią koziołki i łzy gubią i nadzieję
I serca wielkie pudło lśni pod mostem
I przy ołtarzu śpiewa krzywym głosem
I ptaka ogon się rozkłada kiedy zaśnie
I sny o Kalifornii nikną w czaszce
Z sufitu do ziemi
Zasłona za którą
Odbywam karę
Gdzie nic mi nie mówią
Listy wysłane
Pod drzwiami wracają
Cichy współlokator
wciąż się nie przedstawił
Jedyne co pewne to deszcz
Niech pada na głowę, do głowy
Niech nie wie co niemożliwe
Teraz tyle jest nowych rodzajów pogody
I wszystko jest możliwe
Pory takie dziwne
Kiedy lato stygnę
Kiedy zima kwitnę
Niezrozumiałości
Dni mi wypełniają
Dni o dziwnych nazwach
Świętami przetkane
Święta też są obce
Listy więc wysyłam
Każdy nosi datę
Sprzed mego przybycia
W marcu nic się nie dzieje, nic nie dzieje się w marcu, szare są brzgi drzewek w ogrodzie, wszystko ciągle jest pauzą. Nad polem pokrytym szronu leinistwem dwa spody stóp na tle słupów elektrycznych. Tutaj nierozsądna ni nimfa ni zjawa chciała zwiedzić półwymiar i wpół pozostała.
Tu jest świat, twoje dłonie
Rozczesują wiosenność traw,
Czuję przy sobie
Twoich żeber kształt
Ruch płuc, serca puls
W dłoni mam, w dłoni mam
Lecz będzie wstyd, gdy o zachodzie
Prześwietli skrzydła słońce drwiące
I na twych plecach zatrzepoce
Z całej mojej duszy film.
Jesteś tu, ze mną we mnie
We wszystkim co otacza
wszystko, czym jestem.
Słodka myśl
Upewniła mnie raz
Jeszcze uśmiechnie się, obróci nas
Lecz będzie wstyd, gdy o zachodzie
Prześwietli skrzydła słońce drwiące
I na twych plecach zatrzepoce
Z całej mojej duszy film.
Będzie wstyd, gdy o zachodzie
Prześwietli skrzydła słońce drwiące
I na twych plecach zatrzepoce
Z całej mojej duszy film.
W kącie mego pokoiku
Skrył się wstyd
Cienkimi wąsikami
Dotyka nagich kostek mych
Mam chęć ten stan pospiesznie przeżyć
To niewątpliwie ludzkie, kochanie
wszelki początek jakby przypadek
moje wygodne zachowanie
świadomość
ciągle świadomość ach
naród historia histeria wojna
Odległa ode mnie budowla, kochanie
przyjemny ciężar drzewo śmiech
zamiast wydawać wypełniać bać się
kochanie,
wybór pozostaje ach
X
Z wątku takiego w danej prowincyi
wysnuwa się przeciąga i ucina nić melodyi
raz dłużej to znów krócej to szybko i żwawo
to powoli i ospale to gładko to chropawo
to w jedne to w drugą przeciwną tamtej stronę
a zawsze wiernie zasadzie swojej.
Ani wspominam tu o mało zdolnych grajkach
ani o nieznośnych pozytywach katarynkach i organkach
Y
Z, Ź, Ż
Mam nadzieję, mam nadzieję
Że wszystko dobrze u ciebie
Przysięgam, że miałem zadzwonić
Cały dzień planowałem zadzwonić
Kiedyś w końcu się wezmę
Póki co, mam nadzieję
Przypominam sobie, o co chodzi w rozmowie
Życie zrobiło się jakieś
Bezlitosne i niełaskawe
Nie pozwala nawet na oddechy małe
A zadzwoiłbym na pewno
Gdyby pozwolił czas
Porozmawiał o dniach,
Kiedy tlenu było pełno
A
To
Już
Czas
Wstać
Szósta
Godzina
Wyłączę
Kończyną
Rozgrzaną
Brzęczące
Brzęczenie
Rozpoczynam
Podniesienie
No przeproś, nie zwlekaj, cenny czas ucieka
Niespodziane
Nieproszone
Podpełzują
Zmierzchu
Zmęczone
Paprocie
Kołyszą
Mruczą
Słowa:
Czas
Już
To
A
Zaskoczyłem zegar
Zeskoczyłem na niego
Uderzyłem go mym łokciem
Ale on tylko powiedział mi
Ile byś nie wył ilebyś nie bił
Tylko moje bicie tu liczy się
No przeproś, nie zwlekaj, cenny czas ucieka
Może to tylko jakiś tik
Tak palec wskazujący mi drży
Wskazówki drżące zostawia mi
Na cyferblatu nieobliczalnej powierzchni
No przeproś, nie zwlekaj, cenny czas ucieka
tik, tak
Bo w jej domu są dwa domy
Wszyscy mają samochody
Dzieci farbki, dzieci stopy
Tupią na dzień dobry, na dzień dobry.
Bo w jej głowie same drzwiczki
I klasówki, i wycieczki
Wywiadówki i ucieczki
Jak najdalej z głowy, z głowy.
Złoty przymus poranka. Budzik w twoich ramionach, ostra szczelina rolety dzieci od dawna na nogach. Kiedy wstaliście i czyście się kładły? Czy ja na pewno spałem, kładłem się prawie na pewno, potem leząc dyszałem; dyszałem o małych stworzeniach co pełzną po mule bez celu. Myślałem o wielkich przestrzeniach porozwijanych na brzegu. Śniłem o sinych skał szczytach, nieprzewiercoinych tunelem. I byłem, leżałem, myślałem, a teraz znowu sam nie wiem. Dzień stał się sprawą umowną. Tydzień roboczy tym bardziej. Widzę że piszą, że mogą zobaczyć mnei na erkanie. Liczę ich twarze tak liczne, tak obojętne na aurę. Żona, ja śniłem że śniłem; żona, na chwilę umarłem. Śniłem o domu z igliwia, wzniesionym gdzieś w puszczy rogu; śniłem o wianku z konwalij pozostawionym na progu. A kiedy isię prawie budziłem, ostatkiem snu przywołałem lasu otwarte ramiona wiszące nad oceanem.
Zacząłem mówić o sobie, ale zasnąłem, z ręki wypadła butelka i poszła spać pod stołem. Wszystkie moje pesele urządziły wesele. Jestem taki znudzony, przyślij mi kartkę z drugiej strony. Chodzi o nieśmiertelność i o nieprzemijalność, żeby z kurzu się dźwignąć, by osiągnąć dojrzałość. Zatem przyślij mi kartkę, z drugiej strony zapomnij. Napisz wszystko na liściu, napisz wszystko na wodzie.
Nie oszukasz fal przecież
Rzeczy które wrzuciłeś
Ludzie którzy głęboko
Tak że ledwo kształtami są
Przecież wokół nich kręgi
Przecież kręgi się łączą
I falami się stają
Wysokimi aż po nieboskłon
A więc przestań już klęczeć
Na tej wyspie tak małej
I udawać że wokół
Nie wspinają się fale
A więc przestań czym prędzej
Bo te fale największe
Łączą się w wielką ścianę
Której nic już nie przejdzie
0-9
Prawie dotykam promienia. Prawie go trzymam, ale się zmienia,
w coś bez temperatury, w coś sprecyzowanego –
w coś z dala od natury, zwaloryzowanego.
Mam sto tysięcy rzeczy, od których chcę wrócić w końcu.
A teraz 10 miejsc których już nie ma w Sosnowcu.
Stuletnie zdjęcia blakną, półwieczne się rumienią –
bo dziadek sprzedał działkę, gdzie pająk na mnie siedział.
To moja nowa płyta to moje cztery oczy.
Posłuchaj, aby wygrać, czwarta piosenka cię zaskoczy.
Naciśnij palec w górę, dołącz do naśladowców.
Teraz 10 miejsc których już nie ma w Sosnowcu.
Odsprzedam VHSy z duchami zmarłych ciotek –
nie wiem co przyszłość niesie, na pewno pusty porftel.
Na pewno przeszłość wróci, na moje lata stare,
i wszystkich znowu poznam, i wszystko znów zobaczę.
Pozostaw tafle zdarzeń, i klisze z domu seniorów,
i zdobądź pracę marzeń, 1000 obserwatorów
Gołąb zrobił zakupy, gółab utknął na dworcu
Teraz 10 miejsc których już nie ma w Sosnowcu.